Przez całą drogę Day nie odezwał się ani jednym słowem. Jego twarz była obojętna, a oczy zupełnie nieobecne. Zaczęłam się zastanawiać co takiego mu się przydarzyło. To miało związek z jego rodziną, tego byłam pewna.
Gdy doszliśmy do domu, otworzyłam drzwi i wprowadziłam chłopaka do środka. Rozejrzał się dokoła, po czym popatrzył na mnie.
-Usiądź tutaj.-wskazałam mu wygodną kanapę w salonie, a sama poszłam zrobić herbatę malinowo-żurawinową. Gdy była gotowa wzięłam dwa kubki i zaniosłam do salonu. Przy okazji wyciągnęłam z szafy gruby, miękki koc. Patrzyłam przez chwilę na blondwłosego chłopaka, a gdy spojrzał na mnie uśmiechnęłam się i wręczyłam mu rzecz. Nie odezwał się do mnie, ale otulił się ciepłym kocem jak mumia egipska, po czym zatrząsł całym ciałem.
Podwinął dłonie i schował je do środka. Z opadającymi złotymi kosmykami wyglądał jak motyl w kokonie, gdy z poczwarki powstaje dorosły osobnik. Usiadłam na kanapie obok niego i spytałam:
-Lepiej się czujesz?
Skinął głową.
-Dlaczego uciekłeś?-ponowiłam pytanie.
Day rzucił na mnie okiem, po czym zawahał się.
-To długa opowieść.-powiedział.
Popatrzyłam w okno i zauważyłam, że zaczyna padać śnieg.
-Mam czas.
Chłopak wyciągnął swoje zmarznięte dłonie i przystawił je do gorącego kubka, aby się rozgrzać. Po chwili zaczął mówić cichym głosem:
-Nie wiem, dlaczego, ale mam wrażenie, że mogę ci zaufać.-zrobił przerwę, jakby czekał na moje potwierdzenie. Gdy nie odpowiedziałam, kontynuował:
-Moje życie jest bez sensu. I zanim coś powiesz, wysłuchaj mnie do końca.
Nie protestowałam więc moje milczenie uznał za zgodę. Przez ten cały czas wzrok miał skierowany na szklankę, jakby zwracał się właśnie do niej.
-Moja mama umarła gdy miałem dziesięć lat. Ojciec długo nosił po niej żałobę, ale dwa lata temu pojawiła się Elizabeth, która po pewnym czasie wprowadziła się do nas i od tamtej pory wszystko się zmieniło. Od samego początku mnie nienawidziła, ale ojciec jest tak w nią zapatrzony, że tego nie zauważa. Moja macocha to istny demon. Rozkazuje mi, poniża, a czasem nawet bije. Przy ojcu zmienia się nie do poznania. Zamartwia się o mnie, pyta o samopoczucie, a ojciec tego nie zauważa. Nie dostrzega, że ona tylko się nim bawi i prowadzi jakąś grę. Zresztą on mnie nie słucha. Uważa, że przesadzam. Tak jest już dwa lata. Wczoraj zdecydowałem, że ucieknę i zrobiłem to. Nie mogłem już tego znieść. Wolę zamarznąć niż tam wrócić. Nie mam żadnych przyjaciół, dlatego myślałem, że tak się stanie i będzie to ostatnia noc w moim życiu, ale wtedy pojawiłaś się ty. Nie wiem co mam teraz zrobić.
Wysłuchałam tej smutnej historii, a potem powiedziałam:
-Więc uratowałam cię w ostatniej chwili.
Blondyn w końcu na mnie spojrzał. Jego błękitne oczy były podejrzanie wilgotne. Pomyślałam, że za chwilę się rozpłacze, ale tak się nie stało. Milczenie stawało się coraz cięższe więc powiedziałam:
-Napij się.-po czym sama zrobiłam kilka łyków ciepłej herbaty.
Day oderwał dłonie od kubka, po czym chwycił go za ucho i wypił napój dwoma łykami. Pewnie od wczoraj nic nie jadł ani nie pił. Zadrżałam na myśl o tym, co by się stało gdybym znalazła go kilka godzin później. Wolałam sobie tego nie wyobrażać.
Gdy zaczęłam opowiadać mu o sobie i rodzicach zauważyłam, że trochę się odprężył. Słuchał z uwagą, a na wiadomość, że pojechali w drugą podróż poślubną zrobił zdziwioną minę.
-Uwielbiają podróżować i przypominać sobie dlaczego się w sobie zakochali.-wyjaśniłam z uśmiechem.
On również się uśmiechnął na co do głowy przyszedł mi szalony pomysł.
-Zostań tutaj.-wypaliłam.
-Co?-spytał zaskoczony.
-Zamieszkaj tutaj, ze mną.-wyjaśniłam.
-Ale...jak?-zmieszał się na tą propozycję.
-Moich rodziców nie ma, a mi przyda się towarzystwo. Jest jedna rzecz, która nas łączy.
Popatrzył wyczekująco.
-Też nie mam przyjaciół.
Pokręcił głową.
-Niemożliwe.
-A jednak to prawda.-czekałam cierpliwie.-To zgadzasz się?
Westchnął.
-Nie mogę. Naprawdę nie mogę.
-A może nie chcesz?
-Nie o to chodzi.-spuścił wzrok.
-Jeżeli nie masz ubrań możemy pójść do sklepu nawet teraz.-oznajmiłam.
Podniósł głowę i popatrzył mi prosto w oczy.
-Zupełnie mnie nie znasz, a chcesz żebym z tobą zamieszkał. To szalony pomysł.
-Twoja ucieczka też była szalona.-sprostowałam.
Otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale się rozmyślił.
-Po prostu to przemyśl. Zostań do jutra, a potem zobaczysz.
Day rozmyślał nad tym chwilę.
-Dobrze.-odparł w końcu.-Zostanę do jutra.
Odetchnęłam trochę, ale obiecałam sobie, że przekonam go do mojej oferty.
-Ja naprawdę chcę ci pomóc.
-Dziękuję ci.-odpowiedział.
Posprzątałam kubki po herbacie, a potem zaczęłam przygotowywać obiad. Gdy nalewałam wody do garnka, do kuchni wszedł blondyn.
-Może ci pomogę?
Spojrzałam na niego owiniętego kocem.
-Najlepiej mi pomożesz, jeśli odpoczniesz.
-Dobrze się czuję w kuchni.-powiedział i stanął obok mnie przyglądając się moim poczynaniom.-Moja mama kochała gotować.-wyszeptał.
Spojrzałam na niego kątem oka. Był zamyślony, ale jego oczy uśmiechały się na to wspomnienie.
-To pewnie jesteś w tym mistrzem.-wyraziłam opinię.
-Nie bardzo.-mruknął.-Jednak macocha kazała mi przyrządzać obiady więc musiałem to robić. Nie były doskonałe, ale nadawały się do zjedzenia. Ona nie cierpi domowych czynności, a gotowania zwłaszcza więc rzadko wchodziła do kuchni. Rozumiesz już dlaczego z tym miejscem nie mam złych przeżyć?
Przytaknęłam.
-Robisz spaghetti.- zauważył, gdy wyciągnęłam długi, cienki makaron.
-Tak.-uśmiechnęłam się do niego.-Wychodzi mi doskonale.
Gdy woda zaczęła się gotować, wsypałam makaron do garnka i zakryłam pokrywką. Day zamknął oczy i oparł łokcie o blat kuchenny. Po chwili w pomieszczeniu rozszedł się przyjemny zapach gotującej się potrawy. Obserwowałam chłopaka jak zahipnotyzowana. Po chwili na jego ustach pojawił się uśmiech. Scena ta wywołała u mnie poczucie zadowolenia. Gdy otworzył oczy i spostrzegł jak mu się przyglądam, rzucił szybko:
-Naprawdę poczuję się lepiej, jeśli ci pomogę.
-W takim razie możesz pokroić pomidory i cebulę, a ja dopilnuję makaronu.
Podałam mu produkty, deskę i nóż. W kuchni zrobiło się ciepło więc Day odrzucił koc na krzesło i zabrał się do pracy. Zauważyłam jak bardzo jest wychudzony. Z pewnością macocha nie pozwalała mu jeść kiedy tylko chciał, co uznałam za okrutne i karygodne.
Przez chwilę miałam wrażenie, że blondynowi trzęsie się ręka z nożem, ale gdy spojrzałam ponownie, kroił już zwyczajnie i sprawnie. W końcu Day odłożył nóż i oznajmił:
-Skończyłem.
Podeszłam do niego, aby zabrać jedzenie, gdy spostrzegłam, że w oczach ma łzy.
-Co się...
-To przez cebulę.-wyjaśnił.
Mimo to łzy na jego twarzy wywołały u mnie szok.
-Jessi, wszystko w porządku?- zapytał zaniepokojony.
-Oczywiście.-zabrałam się za robienie sosu. Po chwili poczułam za plecami jego obecność. Patrzył mi przez ramię, przez co nie mogłam się skupić.
-Day?
-Hmm? -mruknął tuż przy moim uchu.
-Zobacz, czy makaron jest już miękki.
Chłopak podszedł do garnka i zajrzał do środka. Wreszcie mogłam się skupić na czynności. Mieszałam sos, a gdy był już gotowy, spytałam Daya:
-I jak?
Odwróciłam się w jego stronę i zamarłam w pół kroku. Blondwłosy trzymał w palcach makaron, by po chwili włożyć go do ust. Po chwili odparł:
-Pyszne.-spojrzał na mnie i oblizał usta.-Jest miękki.
Z trudem odparłam:
-W takim razie możemy jeść.-stwierdziłam i zaczęłam nakładać.
Po obiedzie pozmywaliśmy naczynia i udaliśmy się do salonu. Przez całe południe rozmawialiśmy ze sobą na przeróżne tematy, przez co lepiej poznałam Daya. Dowiedziałam się, że chodzi do tej samej szkoły co ja i też lubi czytać. Biblioteka to jego własny świat i drugi dom.
-Gdy czuję się źle albo jest mi smutno zawsze czytam. Książki są dla mnie jak lekarstwo. Łagodzą mój ból i koją duszę, chociaż na chwilę. W tej świątyni książek czuję się tak bezpiecznie jak nigdzie indziej.-zakończył.
Byłam pod wrażeniem jego słów. Ja czytałam dla przyjemności, a jemu to ratowało życie.
-Jeśli chciałbyś coś poczytać to bardzo proszę.-machnęłam ręką w stronę małej biblioteczki stojącej przy szafie. Moi rodzice również czytali, ale książki podróżnicze. Ja wybierałam powieści obyczajowe, kryminały, fantastykę i romanse. Właściwie przeczytałabym cokolwiek, co by mnie zainteresowało.
Day wstał z kanapy i zaczął przeglądać książki. Po chwili wyciągnął jakąś i powrócił na kanapę.
-Co wybrałeś?-spytałam ciekawa.
Pokazał mi okładkę, na której było napisane ''Pies Baskervillów'' autorstwa A.C.Doyla. Bardzo lubiłam czytać te historie o Sherlocku Holmesie więc uśmiechnęłam się z jego wyboru.
-Ta jest moją ulubioną.-powiedziałam.
-Również ją lubię. -odparł.
-Czytałeś ją?- spytałam zaskoczona.
-Tak.
Przyglądałam się przez chwilę gdy czytał, a potem wyciągnęłam z szafy włóczkę i druty. Usiadłam i zaczęłam robić. Blondyn popatrzył na mnie i zapytał:
-Co to będzie?
-Myślę, że sweter.- uśmiechnęłam się.-Często jestem sama więc nauczyłam się robić coś pożytecznego.
Day odpowiedział:
-Wydaje się skomplikowane.
-Takie było na początku. Właściwie wszystko wydaje się trudne, dopóki się tego nie nauczysz.
-Masz rację.-zamyślił się na chwilę.
Gdy nadszedł wieczór, zjedliśmy kolację, a potem powiedziałam blondynowi, że może przenocować w pustym pokoju obok mojego. Jednak Day uparł się, że wystarczy mu kanapa w salonie.
Gdy mówiliśmy sobie dobranoc, chłopak popatrzył na mnie tak, jakbyśmy widzieli się po raz ostatni. Położyłam się spać dziwnie podenerwowana. Gdy rano wstałam, ubrałam się i poszłam na dół.
Daya nie było w salonie więc poszłam do kuchni, która okazała się pusta. Pełna złych przeczuć nasłuchiwałam przez chwilę, lecz w domu panowała martwa cisza. Weszłam do salonu, a po chwili zauważyłam na stoliku karteczkę i długopis. Starannym pismem było napisane: ''Dziękuję za wszystko, Day''.
Uciekł. Tak po prostu.
Robi się coraz ciekawiej. Mam nadzieję, że Day wróci. Dodaj szybko trzeci rozdział !:)
OdpowiedzUsuńEkstra ! Pisz dalej czekam ;)
OdpowiedzUsuńDalej !masz talent :)
OdpowiedzUsuńSuper!!! Weny pisz dalej :)
OdpowiedzUsuń