W ciągu sekundy byłam gotowa do wyjścia. Zamknęłam drzwi i poszłam w stronę parku gdzie po raz pierwszy go spotkałam. Wiał zimny wiatr, a płatki śniegu opadały leniwie na moją twarz. Owinęłam się ciaśniej szalikiem i przyspieszyłam krok. Wypatrywałam blondyna, ale nigdzie go nie było. Nie mógł przecież zapaść się pod ziemię.
Zmartwiona już miałam zrezygnować, gdy w końcu go zauważyłam. Siedział na ławce, głęboko zamyślony. W ogóle się nie ruszał.
Podeszłam cicho i przystanęłam dwa kroki od niego.
-Porozmawiajmy.- rzuciłam.
Day odwrócił się w moją stronę. Jego oczy były obojętne, nie wyrażały niczego. Twarz była jak maska. Usiadłam obok niego.
-Martwiłam się o ciebie.-powiedziałam cicho.
Nadal milczał. Może jest chory, pomyślałam. Był dość blady więc zdjęłam swój szalik i podałam mu. Nawet nie zwrócił na to uwagi. Patrzył prosto przed siebie. Dotknęłam jego szyi na co się wzdrygnął i odsunął ode mnie. Jego skóra była jak lód. Zarzuciłam mu szal i związałam.
-Nie rób tego więcej.-powiedziałam.-Nie uciekaj.
-Zostawiłem kartkę.-odparł szeptem.
-I myślisz, że to wystarczy?- zapytałam.
Spojrzał na mnie, potem na szalik, a potem znów na mnie i cicho westchnął.
-Ja naprawdę nie mogę zamieszkać z tobą.-powiedział.
-Dlaczego nie?- spytałam.-Bo mnie nie znasz?
Skinął głową.
-To bzdura. Przez te kilka godzin poznaliśmy się lepiej niż ludzie znający się całe życie. Czy nie uważasz, że to co mówię jest prawdą?
Day patrzył na mnie chwilę.
-Być może.-odparł w końcu.-Ale mimo wszystko...
-Nie chcę słyszeć żadnego ''ale''. -odparłam stanowczo.-Wolisz mieszkać ze mną czy wylądować w domu dziecka?- spytałam.
W jego oczach pojawiło się coś, jakby strach.
-To jak będzie?- naciskałam. Teraz nie mogłam odpuścić, skoro miał wątpliwości.
-Chyba nie mam wyjścia.-oznajmił i wstał.
-Dokąd idziesz? -spytałam niepewnie.
-Skoro mam u ciebie mieszkać to muszę coś ze sobą zabrać.- zakomunikował.
Uśmiechnęłam się.
-Na pewno nie uciekasz?
Jego uśmiech był słaby.
-Nie uciekam, Jessi.
Wstałam z ławki.
-Przyjdź do mnie, gdy skończysz się pakować. Pamiętasz adres?
-Tak.- odwrócił się na chwilę.-Dziękuję.
Gdy zniknął za zakrętem powoli ruszyłam w stronę domu.
Przed oczami ciągle miałam te jego smutne, błękitne oczy. Teraz, gdy w końcu się zgodził, czułam radość, zaciekawienie i strach. Strach? To uczucie zaskoczyło mnie tak bardzo, że usiadłam na chwilę na pobliskiej ławce. Dlaczego miałabym się bać? Przecież nie wyglądał jakby miał mi coś zrobić. W końcu był słabszy ode mnie, a przynajmniej na takiego wyglądał. Potrząsnęłam głową. Nie jego się bałam.
W końcu uświadomiłam sobie, że obawiam się tego, co mogę poczuć. Przyjaźń?
Oczywiście, że pomyślałam o tym jako pierwsze, ale to nie mogło być to. Nie po tym jak moje serce stanęło na moment, gdy zobaczyłam Daya w kuchni z makaronem w ustach. Nie po tym jak patrzył na mnie tymi oczami. Nie wiedziałam dlaczego tak bardzo się o niego martwię, skoro znam go zaledwie dzień.
Bratnia dusza?
Hmm... To akurat miało sens, ale sama w to ledwo wierzyłam.
Przerwałam rozmyślania i wstałam. Było jeszcze wcześnie więc tylko jedna kawiarnia była otwarta w tej okolicy. Weszłam do środka i zajęłam stolik przy oknie skąd miałam dobry widok na zewnątrz. Wnętrze było ładnie urządzone, a pomieszczenie przytulne.
Zamówiłam cappuccino po wiedeńsku i sernik z gruszkami. W radiu śpiewała Mandy Moore piosenkę ''Crush''. O tej porze nie było zbyt wielu klientów więc mogłam spokojnie spędzić poranek.
Gdy podano mi jedzenie moje myśli krążyły wokół blondyna. Nie mogłam nic poradzić na to, że bałam się, iż znowu uciekł. Uwierzyłam mu na słowo i miałam nadzieję, że je dotrzyma.
Siedziałam jeszcze przez chwilę, po czym wstałam i wyszłam z przytulnej kawiarni na zimną ulicę.
Gdy doszłam do domu w jego pobliżu nikogo nie było. Zaczęłam się zastanawiać jak długo mu zejdzie to pakowanie i kiedy tutaj dotrze.
Nawet nie miałam jak się z nim skontaktować.
Weszłam do domu i ściągnęłam ubranie. Byłam cała przemarznięta. Pochodziłam trochę, aby się rozgrzać i po chwili było mi przyjemnie ciepło. Podeszłam do szafki na której stało radio i je włączyłam. Usłyszałam utwór zespołu Sonohra ''Oltre i suoi passi'' i po chwili nuciłam razem z wokalistką Claudią. Melodia była tak przyjemna, że poczułam się jak na jakiejś włoskiej wyspie. Zrobiłam kilka piruetów, a gdy zamknęłam oczy wyobraziłam sobie, że tańczę razem z Dayem do rytmu. Gdy utwór dobiegł końca rozległ się głos spikera informujący, że następne dni będą wyjątkowo mroźne. Potem rozbrzmiała piosenka Psy ''Gangam style'' więc ze złości wyłączyłam radio. Ten utwór zdecydowanie obrażał muzykę koreańską.
Był tak niesamowicie idiotyczny, że prawie parsknęłam śmiechem. Prawdziwi artyści nie przebili się do Europy. Wielka szkoda. Byłam ogromną fanką F.T.Island i pełna podziwi dla mocnego i przepięknego głosu Lee Hong Ki. Ogólnie rzec biorąc, uważałam że koreańscy wokaliści mieli większy talent niż Europejczycy. To samo tyczyło się Japończyków. Ale nie każdy podzielał moje zdanie.
Z uśmiechem na ustach włączyłam płytę i wsłuchiwałam się w dźwięki ''Madly''. Gdy usłyszałam ten utwór po raz pierwszy miałam ochotę płakać i śmiać się jednocześnie. Muzyka jest piękna, by wyrazić to co ludzie czują. Po przeczytaniu tłumaczenia utworu jeszcze bardziej go pokochałam.
Gdy nadeszło południe zjadłam obiad, a potem usiadłam z książką w fotelu i zaczęłam czytać. Za oknem zaczął padać śnieg, a ja zamartwiałam się o Daya. Dlaczego nie przychodzi?
Gdy zbliżał się wieczór odłożyłam lekturę i popatrzyłam na zegar wiszący na ścianie. Dochodziła osiemnasta. Gdy to pomyślałam usłyszałam dzwonek do drzwi.
Pełna nadziei poszłam otworzyć.
Na progu stał blondyn z walizką i innymi rzeczami. Wpuściłam go do środka i zanim zdołał coś powiedzieć albo zrobić mocno go uścisnęłam.
Zaskoczony moją reakcją, zapytał:
-Co się stało?
Odsunęłam się i popatrzyłam na niego.
-Nie sądziłam, że będziesz tak późno. Myślałam, że zajmie ci to godzinę, góra dwie, ale nie cały dzień!- wykrzyknęłam z wyrzutem.
Patrzył na mnie przez chwilę, a potem wybuchnął śmiechem.
Zamarłam na sekundę. Śmiejący się Day był dla mnie nowością. Wcześniej był ponury i markotny.
-No i co w tym takiego zabawnego?- zapytałam krzyżując ręce na ramionach.
-Wybacz, ale nie mogłem się powstrzymać.- uśmiechnął się.-Miałaś taką śmieszną minę.
Zdębiałam. Po prostu zdębiałam.
Byłam tak zaskoczona, że nawet nie próbowałam tego ukryć.
-Jesteś głodna? -zapytał dziwnie wesoło.
Popatrzyłam zdezorientowana i w końcu uświadomiłam sobie, że mam otwartą buzię. Zamknęłam usta i spytałam:
-A ty coś jadłeś?
Potrząsnął głową.
-Gdy się spakowałem poszedłem na długi spacer.-wyjaśnił.
-Chyba bardzo długi.-rzuciłam.-To cud, że jeszcze żyjesz. Od jutra zapowiadają silne mrozy.
-No cóż, rzeczywiście trochę zmarzłem.-powiedział.
Zaprowadziłam go do salonu, a sama poszłam przyrządzić kolację. Zrobiłam kanapki i gorącą herbatę. Cieszyłam się, że jednak dotrzymał danego słowa i wrócił. Byłam tak szczęśliwa, że nie mogłam nic przełknąć. Day za to zjadł wszystko, po czym popatrzył na mnie z niepokojem.
-Dlaczego nie jesz? Jesteś chora?
-Nie, wszystko w porządku.
Patrzył na mnie jeszcze przez chwilę, a potem wstał, chwycił krzesło i usiadł obok mnie. Chwycił kanapkę z talerza i skierował ją w stronę moich ust.
-Otwórz buzię.-nakazał.
Miałam ochotę wybuchnąć śmiechem i oznajmić, że sobie poradzę, ale wtedy Day wróciłby na swoje miejsce, a chciałam żeby został przy mnie. Otworzyłam usta i ugryzłam kęs. Kolacja była naprawdę dobra.
Gdy blondyn mnie nakarmił przechylił głowę w bok i patrzył na mnie z rozbawieniem w oczach.
-Co? -zapytałam.
-Trochę się ubrudziłaś.- wskazał na kącik moich ust.
Chwyciłam chusteczkę ze stołu, ale chłopak był szybszy. Przyłożył palec i wytarł nim moje usta.
Poczułam iskrę i odskoczyłam w bok.
-Co? - zapytał zaskoczony.
-Jesteś pod napięciem.-powiedziałam to takim tonem, że Day po raz kolejny tego dnia wybuchł wesołym śmiechem.
Oznajmiłam blondynowi, że pokój obok mojego miał należeć kiedyś do mojego młodszego brata, którego moja mama nigdy nie urodziła.
Tuż przed piątym miesiącem poroniła.
Moi rodzice nie mieli serca niszczyć tego pokoju więc zostawili go takim jakim był z tą różnicą, że co kilka lat coś w nim zmieniali jakby naprawdę mieszkało w nim dziecko. W końcu bolesne wspomnienia wyblakły, a oni uznali, że kiedyś to pomieszczenie się przyda. I mieli rację.
Day się wahał czy to dobry pomysł, ale w końcu się zgodził.
-Nie uciekniesz, prawda?- spytałam, gdy nadeszła noc.- Gdy się obudzę, nadal tu będziesz.
-Będę.-obiecał i położył dłoń na moim ramieniu. Gdy jego błękitne spojrzenie napotkało moje oczy, miałam już tą pewność.
Pewność, że cały mój świat się teraz zmieni.
Super! Oby tak dalej
OdpowiedzUsuńRozdzial extra czekam na nowy :D
OdpowiedzUsuń