W ciągu sekundy byłam gotowa do wyjścia. Zamknęłam drzwi i poszłam w stronę parku gdzie po raz pierwszy go spotkałam. Wiał zimny wiatr, a płatki śniegu opadały leniwie na moją twarz. Owinęłam się ciaśniej szalikiem i przyspieszyłam krok. Wypatrywałam blondyna, ale nigdzie go nie było. Nie mógł przecież zapaść się pod ziemię.
Zmartwiona już miałam zrezygnować, gdy w końcu go zauważyłam. Siedział na ławce, głęboko zamyślony. W ogóle się nie ruszał.
Podeszłam cicho i przystanęłam dwa kroki od niego.
-Porozmawiajmy.- rzuciłam.
Day odwrócił się w moją stronę. Jego oczy były obojętne, nie wyrażały niczego. Twarz była jak maska. Usiadłam obok niego.
-Martwiłam się o ciebie.-powiedziałam cicho.
Nadal milczał. Może jest chory, pomyślałam. Był dość blady więc zdjęłam swój szalik i podałam mu. Nawet nie zwrócił na to uwagi. Patrzył prosto przed siebie. Dotknęłam jego szyi na co się wzdrygnął i odsunął ode mnie. Jego skóra była jak lód. Zarzuciłam mu szal i związałam.
-Nie rób tego więcej.-powiedziałam.-Nie uciekaj.
-Zostawiłem kartkę.-odparł szeptem.
-I myślisz, że to wystarczy?- zapytałam.
Spojrzał na mnie, potem na szalik, a potem znów na mnie i cicho westchnął.
-Ja naprawdę nie mogę zamieszkać z tobą.-powiedział.
-Dlaczego nie?- spytałam.-Bo mnie nie znasz?
Skinął głową.
-To bzdura. Przez te kilka godzin poznaliśmy się lepiej niż ludzie znający się całe życie. Czy nie uważasz, że to co mówię jest prawdą?
Day patrzył na mnie chwilę.
-Być może.-odparł w końcu.-Ale mimo wszystko...
-Nie chcę słyszeć żadnego ''ale''. -odparłam stanowczo.-Wolisz mieszkać ze mną czy wylądować w domu dziecka?- spytałam.
W jego oczach pojawiło się coś, jakby strach.
-To jak będzie?- naciskałam. Teraz nie mogłam odpuścić, skoro miał wątpliwości.
-Chyba nie mam wyjścia.-oznajmił i wstał.
-Dokąd idziesz? -spytałam niepewnie.
-Skoro mam u ciebie mieszkać to muszę coś ze sobą zabrać.- zakomunikował.
Uśmiechnęłam się.
-Na pewno nie uciekasz?
Jego uśmiech był słaby.
-Nie uciekam, Jessi.
Wstałam z ławki.
-Przyjdź do mnie, gdy skończysz się pakować. Pamiętasz adres?
-Tak.- odwrócił się na chwilę.-Dziękuję.
Gdy zniknął za zakrętem powoli ruszyłam w stronę domu.
Przed oczami ciągle miałam te jego smutne, błękitne oczy. Teraz, gdy w końcu się zgodził, czułam radość, zaciekawienie i strach. Strach? To uczucie zaskoczyło mnie tak bardzo, że usiadłam na chwilę na pobliskiej ławce. Dlaczego miałabym się bać? Przecież nie wyglądał jakby miał mi coś zrobić. W końcu był słabszy ode mnie, a przynajmniej na takiego wyglądał. Potrząsnęłam głową. Nie jego się bałam.
W końcu uświadomiłam sobie, że obawiam się tego, co mogę poczuć. Przyjaźń?
Oczywiście, że pomyślałam o tym jako pierwsze, ale to nie mogło być to. Nie po tym jak moje serce stanęło na moment, gdy zobaczyłam Daya w kuchni z makaronem w ustach. Nie po tym jak patrzył na mnie tymi oczami. Nie wiedziałam dlaczego tak bardzo się o niego martwię, skoro znam go zaledwie dzień.
Bratnia dusza?
Hmm... To akurat miało sens, ale sama w to ledwo wierzyłam.
Przerwałam rozmyślania i wstałam. Było jeszcze wcześnie więc tylko jedna kawiarnia była otwarta w tej okolicy. Weszłam do środka i zajęłam stolik przy oknie skąd miałam dobry widok na zewnątrz. Wnętrze było ładnie urządzone, a pomieszczenie przytulne.
Zamówiłam cappuccino po wiedeńsku i sernik z gruszkami. W radiu śpiewała Mandy Moore piosenkę ''Crush''. O tej porze nie było zbyt wielu klientów więc mogłam spokojnie spędzić poranek.
Gdy podano mi jedzenie moje myśli krążyły wokół blondyna. Nie mogłam nic poradzić na to, że bałam się, iż znowu uciekł. Uwierzyłam mu na słowo i miałam nadzieję, że je dotrzyma.
Siedziałam jeszcze przez chwilę, po czym wstałam i wyszłam z przytulnej kawiarni na zimną ulicę.
Gdy doszłam do domu w jego pobliżu nikogo nie było. Zaczęłam się zastanawiać jak długo mu zejdzie to pakowanie i kiedy tutaj dotrze.
Nawet nie miałam jak się z nim skontaktować.
Weszłam do domu i ściągnęłam ubranie. Byłam cała przemarznięta. Pochodziłam trochę, aby się rozgrzać i po chwili było mi przyjemnie ciepło. Podeszłam do szafki na której stało radio i je włączyłam. Usłyszałam utwór zespołu Sonohra ''Oltre i suoi passi'' i po chwili nuciłam razem z wokalistką Claudią. Melodia była tak przyjemna, że poczułam się jak na jakiejś włoskiej wyspie. Zrobiłam kilka piruetów, a gdy zamknęłam oczy wyobraziłam sobie, że tańczę razem z Dayem do rytmu. Gdy utwór dobiegł końca rozległ się głos spikera informujący, że następne dni będą wyjątkowo mroźne. Potem rozbrzmiała piosenka Psy ''Gangam style'' więc ze złości wyłączyłam radio. Ten utwór zdecydowanie obrażał muzykę koreańską.
Był tak niesamowicie idiotyczny, że prawie parsknęłam śmiechem. Prawdziwi artyści nie przebili się do Europy. Wielka szkoda. Byłam ogromną fanką F.T.Island i pełna podziwi dla mocnego i przepięknego głosu Lee Hong Ki. Ogólnie rzec biorąc, uważałam że koreańscy wokaliści mieli większy talent niż Europejczycy. To samo tyczyło się Japończyków. Ale nie każdy podzielał moje zdanie.
Z uśmiechem na ustach włączyłam płytę i wsłuchiwałam się w dźwięki ''Madly''. Gdy usłyszałam ten utwór po raz pierwszy miałam ochotę płakać i śmiać się jednocześnie. Muzyka jest piękna, by wyrazić to co ludzie czują. Po przeczytaniu tłumaczenia utworu jeszcze bardziej go pokochałam.
Gdy nadeszło południe zjadłam obiad, a potem usiadłam z książką w fotelu i zaczęłam czytać. Za oknem zaczął padać śnieg, a ja zamartwiałam się o Daya. Dlaczego nie przychodzi?
Gdy zbliżał się wieczór odłożyłam lekturę i popatrzyłam na zegar wiszący na ścianie. Dochodziła osiemnasta. Gdy to pomyślałam usłyszałam dzwonek do drzwi.
Pełna nadziei poszłam otworzyć.
Na progu stał blondyn z walizką i innymi rzeczami. Wpuściłam go do środka i zanim zdołał coś powiedzieć albo zrobić mocno go uścisnęłam.
Zaskoczony moją reakcją, zapytał:
-Co się stało?
Odsunęłam się i popatrzyłam na niego.
-Nie sądziłam, że będziesz tak późno. Myślałam, że zajmie ci to godzinę, góra dwie, ale nie cały dzień!- wykrzyknęłam z wyrzutem.
Patrzył na mnie przez chwilę, a potem wybuchnął śmiechem.
Zamarłam na sekundę. Śmiejący się Day był dla mnie nowością. Wcześniej był ponury i markotny.
-No i co w tym takiego zabawnego?- zapytałam krzyżując ręce na ramionach.
-Wybacz, ale nie mogłem się powstrzymać.- uśmiechnął się.-Miałaś taką śmieszną minę.
Zdębiałam. Po prostu zdębiałam.
Byłam tak zaskoczona, że nawet nie próbowałam tego ukryć.
-Jesteś głodna? -zapytał dziwnie wesoło.
Popatrzyłam zdezorientowana i w końcu uświadomiłam sobie, że mam otwartą buzię. Zamknęłam usta i spytałam:
-A ty coś jadłeś?
Potrząsnął głową.
-Gdy się spakowałem poszedłem na długi spacer.-wyjaśnił.
-Chyba bardzo długi.-rzuciłam.-To cud, że jeszcze żyjesz. Od jutra zapowiadają silne mrozy.
-No cóż, rzeczywiście trochę zmarzłem.-powiedział.
Zaprowadziłam go do salonu, a sama poszłam przyrządzić kolację. Zrobiłam kanapki i gorącą herbatę. Cieszyłam się, że jednak dotrzymał danego słowa i wrócił. Byłam tak szczęśliwa, że nie mogłam nic przełknąć. Day za to zjadł wszystko, po czym popatrzył na mnie z niepokojem.
-Dlaczego nie jesz? Jesteś chora?
-Nie, wszystko w porządku.
Patrzył na mnie jeszcze przez chwilę, a potem wstał, chwycił krzesło i usiadł obok mnie. Chwycił kanapkę z talerza i skierował ją w stronę moich ust.
-Otwórz buzię.-nakazał.
Miałam ochotę wybuchnąć śmiechem i oznajmić, że sobie poradzę, ale wtedy Day wróciłby na swoje miejsce, a chciałam żeby został przy mnie. Otworzyłam usta i ugryzłam kęs. Kolacja była naprawdę dobra.
Gdy blondyn mnie nakarmił przechylił głowę w bok i patrzył na mnie z rozbawieniem w oczach.
-Co? -zapytałam.
-Trochę się ubrudziłaś.- wskazał na kącik moich ust.
Chwyciłam chusteczkę ze stołu, ale chłopak był szybszy. Przyłożył palec i wytarł nim moje usta.
Poczułam iskrę i odskoczyłam w bok.
-Co? - zapytał zaskoczony.
-Jesteś pod napięciem.-powiedziałam to takim tonem, że Day po raz kolejny tego dnia wybuchł wesołym śmiechem.
Oznajmiłam blondynowi, że pokój obok mojego miał należeć kiedyś do mojego młodszego brata, którego moja mama nigdy nie urodziła.
Tuż przed piątym miesiącem poroniła.
Moi rodzice nie mieli serca niszczyć tego pokoju więc zostawili go takim jakim był z tą różnicą, że co kilka lat coś w nim zmieniali jakby naprawdę mieszkało w nim dziecko. W końcu bolesne wspomnienia wyblakły, a oni uznali, że kiedyś to pomieszczenie się przyda. I mieli rację.
Day się wahał czy to dobry pomysł, ale w końcu się zgodził.
-Nie uciekniesz, prawda?- spytałam, gdy nadeszła noc.- Gdy się obudzę, nadal tu będziesz.
-Będę.-obiecał i położył dłoń na moim ramieniu. Gdy jego błękitne spojrzenie napotkało moje oczy, miałam już tą pewność.
Pewność, że cały mój świat się teraz zmieni.
Zimowy poranek
poniedziałek, 25 sierpnia 2014
sobota, 16 sierpnia 2014
2. Zostań tutaj
Przez całą drogę Day nie odezwał się ani jednym słowem. Jego twarz była obojętna, a oczy zupełnie nieobecne. Zaczęłam się zastanawiać co takiego mu się przydarzyło. To miało związek z jego rodziną, tego byłam pewna.
Gdy doszliśmy do domu, otworzyłam drzwi i wprowadziłam chłopaka do środka. Rozejrzał się dokoła, po czym popatrzył na mnie.
-Usiądź tutaj.-wskazałam mu wygodną kanapę w salonie, a sama poszłam zrobić herbatę malinowo-żurawinową. Gdy była gotowa wzięłam dwa kubki i zaniosłam do salonu. Przy okazji wyciągnęłam z szafy gruby, miękki koc. Patrzyłam przez chwilę na blondwłosego chłopaka, a gdy spojrzał na mnie uśmiechnęłam się i wręczyłam mu rzecz. Nie odezwał się do mnie, ale otulił się ciepłym kocem jak mumia egipska, po czym zatrząsł całym ciałem.
Podwinął dłonie i schował je do środka. Z opadającymi złotymi kosmykami wyglądał jak motyl w kokonie, gdy z poczwarki powstaje dorosły osobnik. Usiadłam na kanapie obok niego i spytałam:
-Lepiej się czujesz?
Skinął głową.
-Dlaczego uciekłeś?-ponowiłam pytanie.
Day rzucił na mnie okiem, po czym zawahał się.
-To długa opowieść.-powiedział.
Popatrzyłam w okno i zauważyłam, że zaczyna padać śnieg.
-Mam czas.
Chłopak wyciągnął swoje zmarznięte dłonie i przystawił je do gorącego kubka, aby się rozgrzać. Po chwili zaczął mówić cichym głosem:
-Nie wiem, dlaczego, ale mam wrażenie, że mogę ci zaufać.-zrobił przerwę, jakby czekał na moje potwierdzenie. Gdy nie odpowiedziałam, kontynuował:
-Moje życie jest bez sensu. I zanim coś powiesz, wysłuchaj mnie do końca.
Nie protestowałam więc moje milczenie uznał za zgodę. Przez ten cały czas wzrok miał skierowany na szklankę, jakby zwracał się właśnie do niej.
-Moja mama umarła gdy miałem dziesięć lat. Ojciec długo nosił po niej żałobę, ale dwa lata temu pojawiła się Elizabeth, która po pewnym czasie wprowadziła się do nas i od tamtej pory wszystko się zmieniło. Od samego początku mnie nienawidziła, ale ojciec jest tak w nią zapatrzony, że tego nie zauważa. Moja macocha to istny demon. Rozkazuje mi, poniża, a czasem nawet bije. Przy ojcu zmienia się nie do poznania. Zamartwia się o mnie, pyta o samopoczucie, a ojciec tego nie zauważa. Nie dostrzega, że ona tylko się nim bawi i prowadzi jakąś grę. Zresztą on mnie nie słucha. Uważa, że przesadzam. Tak jest już dwa lata. Wczoraj zdecydowałem, że ucieknę i zrobiłem to. Nie mogłem już tego znieść. Wolę zamarznąć niż tam wrócić. Nie mam żadnych przyjaciół, dlatego myślałem, że tak się stanie i będzie to ostatnia noc w moim życiu, ale wtedy pojawiłaś się ty. Nie wiem co mam teraz zrobić.
Wysłuchałam tej smutnej historii, a potem powiedziałam:
-Więc uratowałam cię w ostatniej chwili.
Blondyn w końcu na mnie spojrzał. Jego błękitne oczy były podejrzanie wilgotne. Pomyślałam, że za chwilę się rozpłacze, ale tak się nie stało. Milczenie stawało się coraz cięższe więc powiedziałam:
-Napij się.-po czym sama zrobiłam kilka łyków ciepłej herbaty.
Day oderwał dłonie od kubka, po czym chwycił go za ucho i wypił napój dwoma łykami. Pewnie od wczoraj nic nie jadł ani nie pił. Zadrżałam na myśl o tym, co by się stało gdybym znalazła go kilka godzin później. Wolałam sobie tego nie wyobrażać.
Gdy zaczęłam opowiadać mu o sobie i rodzicach zauważyłam, że trochę się odprężył. Słuchał z uwagą, a na wiadomość, że pojechali w drugą podróż poślubną zrobił zdziwioną minę.
-Uwielbiają podróżować i przypominać sobie dlaczego się w sobie zakochali.-wyjaśniłam z uśmiechem.
On również się uśmiechnął na co do głowy przyszedł mi szalony pomysł.
-Zostań tutaj.-wypaliłam.
-Co?-spytał zaskoczony.
-Zamieszkaj tutaj, ze mną.-wyjaśniłam.
-Ale...jak?-zmieszał się na tą propozycję.
-Moich rodziców nie ma, a mi przyda się towarzystwo. Jest jedna rzecz, która nas łączy.
Popatrzył wyczekująco.
-Też nie mam przyjaciół.
Pokręcił głową.
-Niemożliwe.
-A jednak to prawda.-czekałam cierpliwie.-To zgadzasz się?
Westchnął.
-Nie mogę. Naprawdę nie mogę.
-A może nie chcesz?
-Nie o to chodzi.-spuścił wzrok.
-Jeżeli nie masz ubrań możemy pójść do sklepu nawet teraz.-oznajmiłam.
Podniósł głowę i popatrzył mi prosto w oczy.
-Zupełnie mnie nie znasz, a chcesz żebym z tobą zamieszkał. To szalony pomysł.
-Twoja ucieczka też była szalona.-sprostowałam.
Otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale się rozmyślił.
-Po prostu to przemyśl. Zostań do jutra, a potem zobaczysz.
Day rozmyślał nad tym chwilę.
-Dobrze.-odparł w końcu.-Zostanę do jutra.
Odetchnęłam trochę, ale obiecałam sobie, że przekonam go do mojej oferty.
-Ja naprawdę chcę ci pomóc.
-Dziękuję ci.-odpowiedział.
Posprzątałam kubki po herbacie, a potem zaczęłam przygotowywać obiad. Gdy nalewałam wody do garnka, do kuchni wszedł blondyn.
-Może ci pomogę?
Spojrzałam na niego owiniętego kocem.
-Najlepiej mi pomożesz, jeśli odpoczniesz.
-Dobrze się czuję w kuchni.-powiedział i stanął obok mnie przyglądając się moim poczynaniom.-Moja mama kochała gotować.-wyszeptał.
Spojrzałam na niego kątem oka. Był zamyślony, ale jego oczy uśmiechały się na to wspomnienie.
-To pewnie jesteś w tym mistrzem.-wyraziłam opinię.
-Nie bardzo.-mruknął.-Jednak macocha kazała mi przyrządzać obiady więc musiałem to robić. Nie były doskonałe, ale nadawały się do zjedzenia. Ona nie cierpi domowych czynności, a gotowania zwłaszcza więc rzadko wchodziła do kuchni. Rozumiesz już dlaczego z tym miejscem nie mam złych przeżyć?
Przytaknęłam.
-Robisz spaghetti.- zauważył, gdy wyciągnęłam długi, cienki makaron.
-Tak.-uśmiechnęłam się do niego.-Wychodzi mi doskonale.
Gdy woda zaczęła się gotować, wsypałam makaron do garnka i zakryłam pokrywką. Day zamknął oczy i oparł łokcie o blat kuchenny. Po chwili w pomieszczeniu rozszedł się przyjemny zapach gotującej się potrawy. Obserwowałam chłopaka jak zahipnotyzowana. Po chwili na jego ustach pojawił się uśmiech. Scena ta wywołała u mnie poczucie zadowolenia. Gdy otworzył oczy i spostrzegł jak mu się przyglądam, rzucił szybko:
-Naprawdę poczuję się lepiej, jeśli ci pomogę.
-W takim razie możesz pokroić pomidory i cebulę, a ja dopilnuję makaronu.
Podałam mu produkty, deskę i nóż. W kuchni zrobiło się ciepło więc Day odrzucił koc na krzesło i zabrał się do pracy. Zauważyłam jak bardzo jest wychudzony. Z pewnością macocha nie pozwalała mu jeść kiedy tylko chciał, co uznałam za okrutne i karygodne.
Przez chwilę miałam wrażenie, że blondynowi trzęsie się ręka z nożem, ale gdy spojrzałam ponownie, kroił już zwyczajnie i sprawnie. W końcu Day odłożył nóż i oznajmił:
-Skończyłem.
Podeszłam do niego, aby zabrać jedzenie, gdy spostrzegłam, że w oczach ma łzy.
-Co się...
-To przez cebulę.-wyjaśnił.
Mimo to łzy na jego twarzy wywołały u mnie szok.
-Jessi, wszystko w porządku?- zapytał zaniepokojony.
-Oczywiście.-zabrałam się za robienie sosu. Po chwili poczułam za plecami jego obecność. Patrzył mi przez ramię, przez co nie mogłam się skupić.
-Day?
-Hmm? -mruknął tuż przy moim uchu.
-Zobacz, czy makaron jest już miękki.
Chłopak podszedł do garnka i zajrzał do środka. Wreszcie mogłam się skupić na czynności. Mieszałam sos, a gdy był już gotowy, spytałam Daya:
-I jak?
Odwróciłam się w jego stronę i zamarłam w pół kroku. Blondwłosy trzymał w palcach makaron, by po chwili włożyć go do ust. Po chwili odparł:
-Pyszne.-spojrzał na mnie i oblizał usta.-Jest miękki.
Z trudem odparłam:
-W takim razie możemy jeść.-stwierdziłam i zaczęłam nakładać.
Po obiedzie pozmywaliśmy naczynia i udaliśmy się do salonu. Przez całe południe rozmawialiśmy ze sobą na przeróżne tematy, przez co lepiej poznałam Daya. Dowiedziałam się, że chodzi do tej samej szkoły co ja i też lubi czytać. Biblioteka to jego własny świat i drugi dom.
-Gdy czuję się źle albo jest mi smutno zawsze czytam. Książki są dla mnie jak lekarstwo. Łagodzą mój ból i koją duszę, chociaż na chwilę. W tej świątyni książek czuję się tak bezpiecznie jak nigdzie indziej.-zakończył.
Byłam pod wrażeniem jego słów. Ja czytałam dla przyjemności, a jemu to ratowało życie.
-Jeśli chciałbyś coś poczytać to bardzo proszę.-machnęłam ręką w stronę małej biblioteczki stojącej przy szafie. Moi rodzice również czytali, ale książki podróżnicze. Ja wybierałam powieści obyczajowe, kryminały, fantastykę i romanse. Właściwie przeczytałabym cokolwiek, co by mnie zainteresowało.
Day wstał z kanapy i zaczął przeglądać książki. Po chwili wyciągnął jakąś i powrócił na kanapę.
-Co wybrałeś?-spytałam ciekawa.
Pokazał mi okładkę, na której było napisane ''Pies Baskervillów'' autorstwa A.C.Doyla. Bardzo lubiłam czytać te historie o Sherlocku Holmesie więc uśmiechnęłam się z jego wyboru.
-Ta jest moją ulubioną.-powiedziałam.
-Również ją lubię. -odparł.
-Czytałeś ją?- spytałam zaskoczona.
-Tak.
Przyglądałam się przez chwilę gdy czytał, a potem wyciągnęłam z szafy włóczkę i druty. Usiadłam i zaczęłam robić. Blondyn popatrzył na mnie i zapytał:
-Co to będzie?
-Myślę, że sweter.- uśmiechnęłam się.-Często jestem sama więc nauczyłam się robić coś pożytecznego.
Day odpowiedział:
-Wydaje się skomplikowane.
-Takie było na początku. Właściwie wszystko wydaje się trudne, dopóki się tego nie nauczysz.
-Masz rację.-zamyślił się na chwilę.
Gdy nadszedł wieczór, zjedliśmy kolację, a potem powiedziałam blondynowi, że może przenocować w pustym pokoju obok mojego. Jednak Day uparł się, że wystarczy mu kanapa w salonie.
Gdy mówiliśmy sobie dobranoc, chłopak popatrzył na mnie tak, jakbyśmy widzieli się po raz ostatni. Położyłam się spać dziwnie podenerwowana. Gdy rano wstałam, ubrałam się i poszłam na dół.
Daya nie było w salonie więc poszłam do kuchni, która okazała się pusta. Pełna złych przeczuć nasłuchiwałam przez chwilę, lecz w domu panowała martwa cisza. Weszłam do salonu, a po chwili zauważyłam na stoliku karteczkę i długopis. Starannym pismem było napisane: ''Dziękuję za wszystko, Day''.
Uciekł. Tak po prostu.
Gdy doszliśmy do domu, otworzyłam drzwi i wprowadziłam chłopaka do środka. Rozejrzał się dokoła, po czym popatrzył na mnie.
-Usiądź tutaj.-wskazałam mu wygodną kanapę w salonie, a sama poszłam zrobić herbatę malinowo-żurawinową. Gdy była gotowa wzięłam dwa kubki i zaniosłam do salonu. Przy okazji wyciągnęłam z szafy gruby, miękki koc. Patrzyłam przez chwilę na blondwłosego chłopaka, a gdy spojrzał na mnie uśmiechnęłam się i wręczyłam mu rzecz. Nie odezwał się do mnie, ale otulił się ciepłym kocem jak mumia egipska, po czym zatrząsł całym ciałem.
Podwinął dłonie i schował je do środka. Z opadającymi złotymi kosmykami wyglądał jak motyl w kokonie, gdy z poczwarki powstaje dorosły osobnik. Usiadłam na kanapie obok niego i spytałam:
-Lepiej się czujesz?
Skinął głową.
-Dlaczego uciekłeś?-ponowiłam pytanie.
Day rzucił na mnie okiem, po czym zawahał się.
-To długa opowieść.-powiedział.
Popatrzyłam w okno i zauważyłam, że zaczyna padać śnieg.
-Mam czas.
Chłopak wyciągnął swoje zmarznięte dłonie i przystawił je do gorącego kubka, aby się rozgrzać. Po chwili zaczął mówić cichym głosem:
-Nie wiem, dlaczego, ale mam wrażenie, że mogę ci zaufać.-zrobił przerwę, jakby czekał na moje potwierdzenie. Gdy nie odpowiedziałam, kontynuował:
-Moje życie jest bez sensu. I zanim coś powiesz, wysłuchaj mnie do końca.
Nie protestowałam więc moje milczenie uznał za zgodę. Przez ten cały czas wzrok miał skierowany na szklankę, jakby zwracał się właśnie do niej.
-Moja mama umarła gdy miałem dziesięć lat. Ojciec długo nosił po niej żałobę, ale dwa lata temu pojawiła się Elizabeth, która po pewnym czasie wprowadziła się do nas i od tamtej pory wszystko się zmieniło. Od samego początku mnie nienawidziła, ale ojciec jest tak w nią zapatrzony, że tego nie zauważa. Moja macocha to istny demon. Rozkazuje mi, poniża, a czasem nawet bije. Przy ojcu zmienia się nie do poznania. Zamartwia się o mnie, pyta o samopoczucie, a ojciec tego nie zauważa. Nie dostrzega, że ona tylko się nim bawi i prowadzi jakąś grę. Zresztą on mnie nie słucha. Uważa, że przesadzam. Tak jest już dwa lata. Wczoraj zdecydowałem, że ucieknę i zrobiłem to. Nie mogłem już tego znieść. Wolę zamarznąć niż tam wrócić. Nie mam żadnych przyjaciół, dlatego myślałem, że tak się stanie i będzie to ostatnia noc w moim życiu, ale wtedy pojawiłaś się ty. Nie wiem co mam teraz zrobić.
Wysłuchałam tej smutnej historii, a potem powiedziałam:
-Więc uratowałam cię w ostatniej chwili.
Blondyn w końcu na mnie spojrzał. Jego błękitne oczy były podejrzanie wilgotne. Pomyślałam, że za chwilę się rozpłacze, ale tak się nie stało. Milczenie stawało się coraz cięższe więc powiedziałam:
-Napij się.-po czym sama zrobiłam kilka łyków ciepłej herbaty.
Day oderwał dłonie od kubka, po czym chwycił go za ucho i wypił napój dwoma łykami. Pewnie od wczoraj nic nie jadł ani nie pił. Zadrżałam na myśl o tym, co by się stało gdybym znalazła go kilka godzin później. Wolałam sobie tego nie wyobrażać.
Gdy zaczęłam opowiadać mu o sobie i rodzicach zauważyłam, że trochę się odprężył. Słuchał z uwagą, a na wiadomość, że pojechali w drugą podróż poślubną zrobił zdziwioną minę.
-Uwielbiają podróżować i przypominać sobie dlaczego się w sobie zakochali.-wyjaśniłam z uśmiechem.
On również się uśmiechnął na co do głowy przyszedł mi szalony pomysł.
-Zostań tutaj.-wypaliłam.
-Co?-spytał zaskoczony.
-Zamieszkaj tutaj, ze mną.-wyjaśniłam.
-Ale...jak?-zmieszał się na tą propozycję.
-Moich rodziców nie ma, a mi przyda się towarzystwo. Jest jedna rzecz, która nas łączy.
Popatrzył wyczekująco.
-Też nie mam przyjaciół.
Pokręcił głową.
-Niemożliwe.
-A jednak to prawda.-czekałam cierpliwie.-To zgadzasz się?
Westchnął.
-Nie mogę. Naprawdę nie mogę.
-A może nie chcesz?
-Nie o to chodzi.-spuścił wzrok.
-Jeżeli nie masz ubrań możemy pójść do sklepu nawet teraz.-oznajmiłam.
Podniósł głowę i popatrzył mi prosto w oczy.
-Zupełnie mnie nie znasz, a chcesz żebym z tobą zamieszkał. To szalony pomysł.
-Twoja ucieczka też była szalona.-sprostowałam.
Otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale się rozmyślił.
-Po prostu to przemyśl. Zostań do jutra, a potem zobaczysz.
Day rozmyślał nad tym chwilę.
-Dobrze.-odparł w końcu.-Zostanę do jutra.
Odetchnęłam trochę, ale obiecałam sobie, że przekonam go do mojej oferty.
-Ja naprawdę chcę ci pomóc.
-Dziękuję ci.-odpowiedział.
Posprzątałam kubki po herbacie, a potem zaczęłam przygotowywać obiad. Gdy nalewałam wody do garnka, do kuchni wszedł blondyn.
-Może ci pomogę?
Spojrzałam na niego owiniętego kocem.
-Najlepiej mi pomożesz, jeśli odpoczniesz.
-Dobrze się czuję w kuchni.-powiedział i stanął obok mnie przyglądając się moim poczynaniom.-Moja mama kochała gotować.-wyszeptał.
Spojrzałam na niego kątem oka. Był zamyślony, ale jego oczy uśmiechały się na to wspomnienie.
-To pewnie jesteś w tym mistrzem.-wyraziłam opinię.
-Nie bardzo.-mruknął.-Jednak macocha kazała mi przyrządzać obiady więc musiałem to robić. Nie były doskonałe, ale nadawały się do zjedzenia. Ona nie cierpi domowych czynności, a gotowania zwłaszcza więc rzadko wchodziła do kuchni. Rozumiesz już dlaczego z tym miejscem nie mam złych przeżyć?
Przytaknęłam.
-Robisz spaghetti.- zauważył, gdy wyciągnęłam długi, cienki makaron.
-Tak.-uśmiechnęłam się do niego.-Wychodzi mi doskonale.
Gdy woda zaczęła się gotować, wsypałam makaron do garnka i zakryłam pokrywką. Day zamknął oczy i oparł łokcie o blat kuchenny. Po chwili w pomieszczeniu rozszedł się przyjemny zapach gotującej się potrawy. Obserwowałam chłopaka jak zahipnotyzowana. Po chwili na jego ustach pojawił się uśmiech. Scena ta wywołała u mnie poczucie zadowolenia. Gdy otworzył oczy i spostrzegł jak mu się przyglądam, rzucił szybko:
-Naprawdę poczuję się lepiej, jeśli ci pomogę.
-W takim razie możesz pokroić pomidory i cebulę, a ja dopilnuję makaronu.
Podałam mu produkty, deskę i nóż. W kuchni zrobiło się ciepło więc Day odrzucił koc na krzesło i zabrał się do pracy. Zauważyłam jak bardzo jest wychudzony. Z pewnością macocha nie pozwalała mu jeść kiedy tylko chciał, co uznałam za okrutne i karygodne.
Przez chwilę miałam wrażenie, że blondynowi trzęsie się ręka z nożem, ale gdy spojrzałam ponownie, kroił już zwyczajnie i sprawnie. W końcu Day odłożył nóż i oznajmił:
-Skończyłem.
Podeszłam do niego, aby zabrać jedzenie, gdy spostrzegłam, że w oczach ma łzy.
-Co się...
-To przez cebulę.-wyjaśnił.
Mimo to łzy na jego twarzy wywołały u mnie szok.
-Jessi, wszystko w porządku?- zapytał zaniepokojony.
-Oczywiście.-zabrałam się za robienie sosu. Po chwili poczułam za plecami jego obecność. Patrzył mi przez ramię, przez co nie mogłam się skupić.
-Day?
-Hmm? -mruknął tuż przy moim uchu.
-Zobacz, czy makaron jest już miękki.
Chłopak podszedł do garnka i zajrzał do środka. Wreszcie mogłam się skupić na czynności. Mieszałam sos, a gdy był już gotowy, spytałam Daya:
-I jak?
Odwróciłam się w jego stronę i zamarłam w pół kroku. Blondwłosy trzymał w palcach makaron, by po chwili włożyć go do ust. Po chwili odparł:
-Pyszne.-spojrzał na mnie i oblizał usta.-Jest miękki.
Z trudem odparłam:
-W takim razie możemy jeść.-stwierdziłam i zaczęłam nakładać.
Po obiedzie pozmywaliśmy naczynia i udaliśmy się do salonu. Przez całe południe rozmawialiśmy ze sobą na przeróżne tematy, przez co lepiej poznałam Daya. Dowiedziałam się, że chodzi do tej samej szkoły co ja i też lubi czytać. Biblioteka to jego własny świat i drugi dom.
-Gdy czuję się źle albo jest mi smutno zawsze czytam. Książki są dla mnie jak lekarstwo. Łagodzą mój ból i koją duszę, chociaż na chwilę. W tej świątyni książek czuję się tak bezpiecznie jak nigdzie indziej.-zakończył.
Byłam pod wrażeniem jego słów. Ja czytałam dla przyjemności, a jemu to ratowało życie.
-Jeśli chciałbyś coś poczytać to bardzo proszę.-machnęłam ręką w stronę małej biblioteczki stojącej przy szafie. Moi rodzice również czytali, ale książki podróżnicze. Ja wybierałam powieści obyczajowe, kryminały, fantastykę i romanse. Właściwie przeczytałabym cokolwiek, co by mnie zainteresowało.
Day wstał z kanapy i zaczął przeglądać książki. Po chwili wyciągnął jakąś i powrócił na kanapę.
-Co wybrałeś?-spytałam ciekawa.
Pokazał mi okładkę, na której było napisane ''Pies Baskervillów'' autorstwa A.C.Doyla. Bardzo lubiłam czytać te historie o Sherlocku Holmesie więc uśmiechnęłam się z jego wyboru.
-Ta jest moją ulubioną.-powiedziałam.
-Również ją lubię. -odparł.
-Czytałeś ją?- spytałam zaskoczona.
-Tak.
Przyglądałam się przez chwilę gdy czytał, a potem wyciągnęłam z szafy włóczkę i druty. Usiadłam i zaczęłam robić. Blondyn popatrzył na mnie i zapytał:
-Co to będzie?
-Myślę, że sweter.- uśmiechnęłam się.-Często jestem sama więc nauczyłam się robić coś pożytecznego.
Day odpowiedział:
-Wydaje się skomplikowane.
-Takie było na początku. Właściwie wszystko wydaje się trudne, dopóki się tego nie nauczysz.
-Masz rację.-zamyślił się na chwilę.
Gdy nadszedł wieczór, zjedliśmy kolację, a potem powiedziałam blondynowi, że może przenocować w pustym pokoju obok mojego. Jednak Day uparł się, że wystarczy mu kanapa w salonie.
Gdy mówiliśmy sobie dobranoc, chłopak popatrzył na mnie tak, jakbyśmy widzieli się po raz ostatni. Położyłam się spać dziwnie podenerwowana. Gdy rano wstałam, ubrałam się i poszłam na dół.
Daya nie było w salonie więc poszłam do kuchni, która okazała się pusta. Pełna złych przeczuć nasłuchiwałam przez chwilę, lecz w domu panowała martwa cisza. Weszłam do salonu, a po chwili zauważyłam na stoliku karteczkę i długopis. Starannym pismem było napisane: ''Dziękuję za wszystko, Day''.
Uciekł. Tak po prostu.
niedziela, 10 sierpnia 2014
1. Anielskie oczy
Właśnie minął pierwszy dzień ferii zimowych. Wstałam z łóżka radosna i pełna energii. Gdy wyjrzałam przez okno zauważyłam, że przez całą noc sypał śnieg, dlatego wszędzie dookoła było biało i jasno. Ogólnie rzecz biorąc nie przepadam za zimą, ale świat pokryty tą miękką puchową kołdrą był niesamowicie piękny. Cieszyłam się, że nie muszę iść do szkoły, chociaż nie miałam przyjaciół i przebywanie sam na sam w pustym domu było trochę przygnębiające. Jednak nie miałam wyboru, ponieważ moi rodzice wyjechali w drugą podróż poślubną do Japonii. Też chętnie bym tam pojechała, bo fascynuje mnie ten kraj, ale miałam tutaj swoje obowiązki. Poza tym obiecali mi, że kiedyś mnie tam zabiorą. Nie byłam pewna jak długo ich nie będzie, ale zakładałam, że pewnie kilka tygodni, o ile nie kilkanaście. Gdy byli w Paryżu wrócili dopiero trzy miesiące później. Nie miałam im tego za złe, bo nigdy niczego mi nie brakowało i troszczyli się o mnie na swój sposób. Byłam już prawie dorosła, bo miałam siedemnaście lat, a oni mi ufali. Zresztą byłam spokojna i szalone życie nastolatków mnie nie pociągało.
Ciągle zamyślona, ubrałam się, upięłam długie, czarne włosy w warkocze i zjadłam lekkie śniadanie. Postanowiłam nie siedzieć w domu i zanim wyruszyłam na spacer, ubrałam ciepłą kurtkę, kozaki i czapkę, po czym opuściłam mój dom.
O tej porze ulice były prawie całkowicie wymarłe. Wszędzie było pełno śniegu, a ludzie przedzierali się przez zaspy skacząc niczym króliki. Był to zabawny widok i w duchu uśmiechnęłam się na to. Mijałam właśnie park, gdy moją uwagę przykuła postać leżąca na ławce. Jest tak zimno, jakim cudem ten ktoś nie zamarzł?
Podeszłam powoli, by się przekonać czy oczy mnie nie mylą. Postać leżała skulona, a ze wzrostu i wyglądu ubrań doszłam do wniosku, że to mężczyzna. Podeszłam jeszcze trochę i aż się zachłysnęłam z wrażenia. Przed sobą miałam chłopaka jak z bajki. Nie miał czapki i pierwsze na co zwróciłam uwagę to jego włosy. Były niesamowicie jasne, zupełnie jak złoto, opadały pasmami i ciągnęły się aż do ramion. Jego oczy były zamknięte, a twarz wyrażała spokój i błogi sen. Wyglądał zupełnie jak anioł, a potem doszłam do wniosku, że kolor jego włosów przywodzi mi na myśl bohatera jakiegoś anime. Jego kosmyki miały dziwaczny krój, ale zarazem wyjątkowy i jedyny w swoim rodzaju. Jego ubiór był zwyczajny, spodnie, bluza z kapturem i buty. Nie miał nawet kurtki, chociaż było przenikliwie zimno.
Patrzyłam na niego dość długo, a potem zauważyłam jego podkurczone dłonie, zupełnie blade. Zrobiło mi się go żal. Nie miałam pojęcia dlaczego tutaj śpi.
- Hej, obudź się.- potrząsnęłam rękawem jego bluzy. Nawet nie drgnął. Bojąc się, że zamarzł, powtórzyłam głośniej.-Obudź się, słyszysz?
Chłopak wydał z siebie jakiś cichy dźwięk, a potem otworzył oczy. Przygryzłam wargę i patrzyłam oniemiała. Anielskie oczy. To pierwsza myśl, która mnie uderzyła, gdy przyjrzałam się kolorowi jego tęczówek. Były niesamowicie błękitne zupełnie jak bezchmurne niebo latem albo morska woda. Te oczy będą mi się śniły, pomyślałam.
Chłopak powoli usiadł i wyprostował się. Poruszył palcami, a potem jęknął z bólu. Tak jak myślałam, były odmrożone. Zdjęłam swoje rękawiczki i wyciągnęłam w jego stronę.
- Załóż je.-poprosiłam.
Popatrzył na mnie smutno, a potem ubrał odzież. Podziękował skinieniem głowy.
- Co tutaj robisz?- zapytałam.
Nie odpowiedział tylko zamknął swoje piękne oczy. Usiadłam obok niego.
-Może pójdziemy do jakiegoś sklepu? Tam jest cieplej.
-Nie trzeba.- usłyszałam cichy szept.
-Dobrze się czujesz?-spytałam zaniepokojona jego milczeniem.
-Nie bardzo.-uchylił powieki i popatrzył na mnie nieprzytomnie.
-Mam na imię Jessica. - powiedziałam i wyciągnęłam rękę.- A ty?
-Day.-wyszeptał.-To znaczy David.-uścisnął moją dłoń sztywnymi palcami co wyczułam nawet przez rękawiczkę.
-Rozumiem, że Day to skrót od imienia.
-Nie lubię go zbytnio.- wyjaśnił.
- W porządku. W takim razie będę cię tak nazywać, pasuje ci?
Skinął głową.
-Dlaczego tutaj spałeś?- musiałam się tego dowiedzieć.
-Uciekłem z domu.-odparł.
-Dlaczego?
-Ja...-zawahał się.-Nie chcę o tym mówić.
Nie pytałam o nic więcej. Zamiast tego spytałam:
-Ile masz lat?
Wydawał się zdziwiony pytaniem, ale odpowiedział:
-Szesnaście.
To znaczy, że był młodszy ode mnie o rok. Ale wzrostem górował nade mną o zaledwie dwa czy trzy centymetry. Niewielka różnica, ale jednak zawsze coś.
-A ty?- spytał.
-Co?- z zamyślenia wyrwał mnie jego głos.
-Pytałem ile ty masz lat.-wyjaśnił.
-Och! Siedemnaście.-odparłam i czekałam na to jak zareaguje. Widocznie to nie miało żadnego znaczenia, gdyż tylko wzruszył ramionami. Postanowiłam podtrzymać jakoś tą rozmowę.
- Podobają mi się twoje włosy. Wzorowałeś się na jakimś bohaterze anime? -zapytałam z uśmiechem.
-Co? -popatrzył na mnie niewyraźnie.-Ja...nie, to nie tak. To był mój pomysł. Chciałem w ten sposób się zbuntować.
-Zbuntować rodzicom?
Na to słowo aż się wzdrygnął. Nie byłam pewna czy to z powodu zimna czy tego pytania.
- To bez znaczenia.- zakończył szeptem.
Nie pytałam już o to. Zauważyłam, że jeśli chodzi o dom i rodziców to dość przykry temat. Postanowiłam jakoś to zmienić. Wstałam.
-Chodź ze mną, Day.- poprosiłam.
Jego oczy się rozwarły.
-Gdzie?
-Do mnie, do domu.-wyjaśniłam.
Przyglądał mi się podejrzliwie.
-Po co?
-Bo...-no, cóż. Sama nie wiedziałam czemu to robię, ale nie mogłam go tu zostawić na pewną śmierć.- Bo inaczej zamarzniesz.-nie wymyśliłam lepszego argumentu.
-Tak będzie dla mnie lepiej.- oznajmił bezbarwnym tonem.
Zaszokowana jego słowami pociągnęłam go za rękaw.
-Co ty wygadujesz? Nie mów tak.
Jego smutne oczy patrzyły prosto w moje.
-Dziękuję za rękawiczki, ale już nie będą mi potrzebne.- zwrócił moją własność i wstał. Odwrócił się plecami do mnie i ruszył przed siebie. Gdy był kilka metrów ode mnie pobiegłam za nim.
-Dokąd idziesz? -zapytałam, gdy zrównałam z nim krok.
-Przed siebie.-rzucił cicho.
Nic nie powiedziałam. Szliśmy w milczeniu zaledwie kilka minut, gdy nagle się zatrzymał.
-Długo będziesz za mną chodzić?- zapytał i odwrócił się w moją stronę.
Błękitne spojrzenie jego cudownych oczu przeszywało mnie na wskroś. Skinęłam głową nie zdając sobie sprawy z tego co robię. Day uniósł brwi wyraźnie zainteresowany moją odpowiedzią.
- To znaczy, jak długo?
Odetchnęłam zimowym powietrzem, a kłęby pary uniosły się dookoła moich ust.
-Ja nie chcę cię mieć na sumieniu.-odparłam.
Jego oczy znów wyrażały smutek.
- Bardzo cię proszę, nie patrz tak.
-To znaczy jak?- spytał cicho.
Potrząsnęłam głową i nie bacząc na nic, chwyciłam jego zimną dłoń. Day spojrzał na moją rękę, a potem na mnie kompletnie skołowany.
-To dlatego, żebyś nie uciekł.-objaśniłam i zaczęłam go ciągnąć w stronę mojego domu.
Ciągle zamyślona, ubrałam się, upięłam długie, czarne włosy w warkocze i zjadłam lekkie śniadanie. Postanowiłam nie siedzieć w domu i zanim wyruszyłam na spacer, ubrałam ciepłą kurtkę, kozaki i czapkę, po czym opuściłam mój dom.
O tej porze ulice były prawie całkowicie wymarłe. Wszędzie było pełno śniegu, a ludzie przedzierali się przez zaspy skacząc niczym króliki. Był to zabawny widok i w duchu uśmiechnęłam się na to. Mijałam właśnie park, gdy moją uwagę przykuła postać leżąca na ławce. Jest tak zimno, jakim cudem ten ktoś nie zamarzł?
Podeszłam powoli, by się przekonać czy oczy mnie nie mylą. Postać leżała skulona, a ze wzrostu i wyglądu ubrań doszłam do wniosku, że to mężczyzna. Podeszłam jeszcze trochę i aż się zachłysnęłam z wrażenia. Przed sobą miałam chłopaka jak z bajki. Nie miał czapki i pierwsze na co zwróciłam uwagę to jego włosy. Były niesamowicie jasne, zupełnie jak złoto, opadały pasmami i ciągnęły się aż do ramion. Jego oczy były zamknięte, a twarz wyrażała spokój i błogi sen. Wyglądał zupełnie jak anioł, a potem doszłam do wniosku, że kolor jego włosów przywodzi mi na myśl bohatera jakiegoś anime. Jego kosmyki miały dziwaczny krój, ale zarazem wyjątkowy i jedyny w swoim rodzaju. Jego ubiór był zwyczajny, spodnie, bluza z kapturem i buty. Nie miał nawet kurtki, chociaż było przenikliwie zimno.
Patrzyłam na niego dość długo, a potem zauważyłam jego podkurczone dłonie, zupełnie blade. Zrobiło mi się go żal. Nie miałam pojęcia dlaczego tutaj śpi.
- Hej, obudź się.- potrząsnęłam rękawem jego bluzy. Nawet nie drgnął. Bojąc się, że zamarzł, powtórzyłam głośniej.-Obudź się, słyszysz?
Chłopak wydał z siebie jakiś cichy dźwięk, a potem otworzył oczy. Przygryzłam wargę i patrzyłam oniemiała. Anielskie oczy. To pierwsza myśl, która mnie uderzyła, gdy przyjrzałam się kolorowi jego tęczówek. Były niesamowicie błękitne zupełnie jak bezchmurne niebo latem albo morska woda. Te oczy będą mi się śniły, pomyślałam.
Chłopak powoli usiadł i wyprostował się. Poruszył palcami, a potem jęknął z bólu. Tak jak myślałam, były odmrożone. Zdjęłam swoje rękawiczki i wyciągnęłam w jego stronę.
- Załóż je.-poprosiłam.
Popatrzył na mnie smutno, a potem ubrał odzież. Podziękował skinieniem głowy.
- Co tutaj robisz?- zapytałam.
Nie odpowiedział tylko zamknął swoje piękne oczy. Usiadłam obok niego.
-Może pójdziemy do jakiegoś sklepu? Tam jest cieplej.
-Nie trzeba.- usłyszałam cichy szept.
-Dobrze się czujesz?-spytałam zaniepokojona jego milczeniem.
-Nie bardzo.-uchylił powieki i popatrzył na mnie nieprzytomnie.
-Mam na imię Jessica. - powiedziałam i wyciągnęłam rękę.- A ty?
-Day.-wyszeptał.-To znaczy David.-uścisnął moją dłoń sztywnymi palcami co wyczułam nawet przez rękawiczkę.
-Rozumiem, że Day to skrót od imienia.
-Nie lubię go zbytnio.- wyjaśnił.
- W porządku. W takim razie będę cię tak nazywać, pasuje ci?
Skinął głową.
-Dlaczego tutaj spałeś?- musiałam się tego dowiedzieć.
-Uciekłem z domu.-odparł.
-Dlaczego?
-Ja...-zawahał się.-Nie chcę o tym mówić.
Nie pytałam o nic więcej. Zamiast tego spytałam:
-Ile masz lat?
Wydawał się zdziwiony pytaniem, ale odpowiedział:
-Szesnaście.
To znaczy, że był młodszy ode mnie o rok. Ale wzrostem górował nade mną o zaledwie dwa czy trzy centymetry. Niewielka różnica, ale jednak zawsze coś.
-A ty?- spytał.
-Co?- z zamyślenia wyrwał mnie jego głos.
-Pytałem ile ty masz lat.-wyjaśnił.
-Och! Siedemnaście.-odparłam i czekałam na to jak zareaguje. Widocznie to nie miało żadnego znaczenia, gdyż tylko wzruszył ramionami. Postanowiłam podtrzymać jakoś tą rozmowę.
- Podobają mi się twoje włosy. Wzorowałeś się na jakimś bohaterze anime? -zapytałam z uśmiechem.
-Co? -popatrzył na mnie niewyraźnie.-Ja...nie, to nie tak. To był mój pomysł. Chciałem w ten sposób się zbuntować.
-Zbuntować rodzicom?
Na to słowo aż się wzdrygnął. Nie byłam pewna czy to z powodu zimna czy tego pytania.
- To bez znaczenia.- zakończył szeptem.
Nie pytałam już o to. Zauważyłam, że jeśli chodzi o dom i rodziców to dość przykry temat. Postanowiłam jakoś to zmienić. Wstałam.
-Chodź ze mną, Day.- poprosiłam.
Jego oczy się rozwarły.
-Gdzie?
-Do mnie, do domu.-wyjaśniłam.
Przyglądał mi się podejrzliwie.
-Po co?
-Bo...-no, cóż. Sama nie wiedziałam czemu to robię, ale nie mogłam go tu zostawić na pewną śmierć.- Bo inaczej zamarzniesz.-nie wymyśliłam lepszego argumentu.
-Tak będzie dla mnie lepiej.- oznajmił bezbarwnym tonem.
Zaszokowana jego słowami pociągnęłam go za rękaw.
-Co ty wygadujesz? Nie mów tak.
Jego smutne oczy patrzyły prosto w moje.
-Dziękuję za rękawiczki, ale już nie będą mi potrzebne.- zwrócił moją własność i wstał. Odwrócił się plecami do mnie i ruszył przed siebie. Gdy był kilka metrów ode mnie pobiegłam za nim.
-Dokąd idziesz? -zapytałam, gdy zrównałam z nim krok.
-Przed siebie.-rzucił cicho.
Nic nie powiedziałam. Szliśmy w milczeniu zaledwie kilka minut, gdy nagle się zatrzymał.
-Długo będziesz za mną chodzić?- zapytał i odwrócił się w moją stronę.
Błękitne spojrzenie jego cudownych oczu przeszywało mnie na wskroś. Skinęłam głową nie zdając sobie sprawy z tego co robię. Day uniósł brwi wyraźnie zainteresowany moją odpowiedzią.
- To znaczy, jak długo?
Odetchnęłam zimowym powietrzem, a kłęby pary uniosły się dookoła moich ust.
-Ja nie chcę cię mieć na sumieniu.-odparłam.
Jego oczy znów wyrażały smutek.
- Bardzo cię proszę, nie patrz tak.
-To znaczy jak?- spytał cicho.
Potrząsnęłam głową i nie bacząc na nic, chwyciłam jego zimną dłoń. Day spojrzał na moją rękę, a potem na mnie kompletnie skołowany.
-To dlatego, żebyś nie uciekł.-objaśniłam i zaczęłam go ciągnąć w stronę mojego domu.
czwartek, 7 sierpnia 2014
Coś ze świata muzyki...
Dla umilenia sobie życia i przyjemnego spędzania czasu na moim blogu zachęcam do posłuchania utworu;)
Wstęp
Witaj serdecznie na moim blogu!
Drogi czytelniku, historia tutaj opowiedziana jest tylko wytworem mojej wyobraźni więc za wszelkie miłe komentarze dziękuję. Będzie to opowiadanie o 17-letniej Jessice, która przyjmuje pod swój dach samotnego i zagubionego chłopaka. Jeśli jesteś ciekaw jak rozwinie się ich znajomość, zapraszam do czytania i ewentualnych komentarzy z uwagami lub pochwałami;)
Rozdział 1 już wkrótce! Cierpliwości...;)
Drogi czytelniku, historia tutaj opowiedziana jest tylko wytworem mojej wyobraźni więc za wszelkie miłe komentarze dziękuję. Będzie to opowiadanie o 17-letniej Jessice, która przyjmuje pod swój dach samotnego i zagubionego chłopaka. Jeśli jesteś ciekaw jak rozwinie się ich znajomość, zapraszam do czytania i ewentualnych komentarzy z uwagami lub pochwałami;)
Rozdział 1 już wkrótce! Cierpliwości...;)
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)